Obiecałam sobie, że będę prowadzić tego bloga z ogromnym zapałem i przynajmniej raz w tygodniu pojawi się tutaj wpis. Było to w lutym.

I co?
Gówno. Jestem niesłowna. Dosłownie. Wstyd jak chuj.

No to co mnie zmobilizowało do tego, żeby się tutaj dziś pojawić? Otóż rower i moja wyobraźnia. Postanowiłam sobie, że będę codziennie pedałować, co oczywiście może się skończyć tak samo jak moja systematyczność w dodawaniu wpisów.

Wiadomo, chujowo.

W każdym razie…przejechałam wczoraj 14 kilometrów w niecałą godzinę. I się nie zrzygałam.

„Więc uważam, RZE” to sukces.

Za to fantazja dała mi nieźle do wiwatu. Może po przejechaniu kilometra moje trzecie oko „zobaczyło” białego busa z przyciemnianymi szybami. W wyobraźni zajechał mi drogę. Po chwili wyskoczył z niego facet o niemieckiej aparycji, zapakował mnie do środka i wywiózł wraz z rowerem za zachodnią granicę kraju. Do burdelu.

No przecież, że nie na saksy.

Oczywiście ten porywacz wiedział, że ja to ja, bo wcześniej przeczytał wszystkie moje książki i uznał, że skoro umiem opisywać tak zacny seks, to poradzę sobie z pracą w burdelu. I wcale nie chodziło o robotę w charakterze sprzątaczki.
Potem przyszło olśnienie…no bo przecież:

Po pierwsze, moje książki nie zostały przełożone na język germańskich najeźdźców. Z tego co mi wiadomo, to jeszcze się o tłumaczenie nie starali.

Po kolejne, mój PESEL chyba zbyt zakurzony jest do podjęcia takiej pracy.

Uspokoiłam się, ale tylko ma chwilę, bo może po pięciu minutach, kiedy to przejeżdżałam obok domostwa, z którego dobiegało szczekanie psów, wyobraziłam sobie, że te harty z piekła rodem  zaczynają mnie gonić. Automatyczne zaczęłam pedałować szybciej, zastanawiając się przy okazji, które drzewo udzieliłoby mi w takim momencie schronienia.

Żadne, kurwa. Z moją kondycją mogłabym podnieść nogę może na trzydzieści centymetrów. Może trzydzieści dwa.

To jeszcze nie koniec.

Dojeżdżałam do opuszczonego ogrodu. Takiego idealnego do kręcenia filmów z psychopatami. Ewentualnie do zasiedlenia go przez seryjnego mordercę. A z racji tego, że niedawno czytałam książkę o kimś, kto zabijał atrakcyjne szatynki po trzydziestce ( wypisz, wymaluj ja), to moja wyobraźnia podpowiedziała mi kolejny scenariusz. Taki bardzo krwawy i bolesny i kończący się moją śmiercią.
W scenariuszu owym zostaję schwytana przez kolekcjonera ludzkich wątrób. Jakoś jednak udaje mi się go ubłagać, żeby mnie oszczędził i pozwolił zająć się pisaniem książek. Ustalamy, że on zgarnia cały hajs. Ja z kolei jestem coraz sławniejsza.
Nie jest źle. Całkiem spoko z niego menago.

Rok później pracują dla niego wszystko topowe polskie pisarki. Po kolejnym roku zostaje ich połowa, bo się pozabijały. Dopadł je syndrom sztokholmski. A on był tylko jeden.

Wszystko to miało miejsce w mojej głowie wczoraj, między godziną 18 a 19.

Dziś też będę jeździć.